Siostra Lucyna Reszczyńska 1916


Odznaczenia:

  • Odznaka  -  Za wzorową pracę w Służbie zdrowia
  • Za zasługi dla Warszawy

  • Za zasługi dla Warszawy

  • Za zasługi dla Ochrony Zdrowia

  • Medal „Pro Memoria” -   23 marca 2009 r.

  • Medal „Pro Patria”  - 1 lutego 2017 r.

  • Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski - 2017 r.



Urodzona -  1 maja 1916 r. w Cekanowie, pow. Płock
Chrzest – 4 maja 1916 r. w Bielsku
Imiona Rodziców – Leon i Stanisława z Jędrzejewskich Reszczyńscy
Wstąpienie do Zgromadzenia – 10 sierpnia 1938r.
Śluby Święte po raz pierwszy – 15 sierpnia 1943 r.

Posługa:

Warszawa : Zakład Trzech Króli, ul. Ogrodowa 17 – 1939 - 1940
Szpital Przemienienia Pańskiego – Szkoła Pielęgniarska -1940-42
Szwalnia Najśw. Maryi Panny, ul. Stara 2 -  do 5. 10. 1942
Szpital dla Dzieci, ul. Kopernika 43 – 5.10.1942 -01.02.1959
Szpital Dzieciątka Jezus, ul. Lindleya- 01.02. 1959 – 01.09.1959
Szpital dzieciątka Jezus, Lublin,. Staszica - 15.09.1959 -30.09.1959
Szpital Św. Feliksa, ul. Płocka – 15.10.1959 – 02.02.1998
Dom Prowincjalny – 02.02.1998 – pielęgniarka
Siostra Seniorka

 


 

Powstanie Warszawskie we wspomnieniach pielęgniarki, Siostry Lucyny Reszczyńskiej

Jak co roku 1 sierpnia syreny w całej Polsce przypomną o rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Nadal są między nami osoby, które pamiętają te dni. Także pielęgniarki, które w tym czasie służyły chorym i rannym.  Oto historia jednej z nich – siostry Lucyny Reszczyńskiej, należącej do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia Św. Wincentego a Paulo, w Polsce zwanych Szarytkami,/ od  franc.  Charite’  -  miłość, miłosierdzie/.

Gdy wybuchło Powstanie siostra Lucyna pracowała w Szpitalu Dziecięcym położonym w samym centrum Warszawy, przy ulicy Kopernika. Dwa  lata wcześniej ukończyła szkołę pielęgniarką dla Sióstr Zakonnych założoną przez Siostrę Wandę Żurawską.

Już przed Powstaniem siostra Lucyna uczestniczyła w działaniach konspiracyjnych. Brała udział w akcji AK mającej na cele ratowania dzieci, uprowadzanych z terenów Zamojszczyzny. Uprowadzenia te wiązały się z nazistowskim planem wyselekcjonowania wśród polskich dzieci tych z domieszką krwi niemieckiej,/ na Zamojszczyźnie takich nie było / o „aryjskich cechach rasowych”. Dzieci zabierano siłą rodzicom (niekiedy mordując ich, gdy próbowali chronić swoje potomstwo), następnie selekcjonowano pod względem odpowiednich  cech antropologicznych. Te  z nich, które nie przeszły pozytywnie  testów eugenicznych, trafiały do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu lub do ośrodków, gdzie prowadzono na nich zbrodnicze eksperymenty medyczne. Dzieci, które uznano za możliwe do zgermanizowania, wywożono do Niemiec w celu wynarodowienia. Szacuje się, że w czasie II wojny „zrabowano” ponad 30 000 polskich dzieci.

Siostra Lucyna tak wspomina akcję ratowania dzieci wywożonych z Zamojszczyzny, przez Warszawę, do Niemiec:

Polskim kolejarzom udało się odstawić na boczne tory wagony z dziećmi. To było uzgodnione z AK. Ja z drugą Siostrą, na polecenie Dyrektora Szpitala, pojechałyśmy po te dzieci późnym wieczorem razem z dwoma chłopcami z AK. Oni byli przebrani za Niemców. Udało nam się uratować w sumie 40 dzieci. Dzieci było po dwoje, troje z jednego domu, w różnym wieku. Zawiozłyśmy je do szpitala na Kopernika, do specjalnie przygotowanej sali. Potem te  dzieci wspierali finansowo zamożni obywatele Warszawy. Jedną z dziewczynek wzięła na wychowanie nasza lekarka, która nie miała swoich dzieci . Inna, wzięta przez rodzinę z Warszawy ,odnalazła swoja rodzinę po 20 latach.

Wybuch Powstania nie był dla Siostry zaskoczeniem. Jak wspomina, już na wiele dni przed tą datą, w Szpitalu gromadzono materiały opatrunkowe, narzędzia chirurgiczne i leki potrzebne na wypadek wybuchu walk. Dyrekcja Szpitala i lekarze byli włączeni w przygotowania konspiracyjne AK. 1 sierpnia 1944 roku zmienił całkowicie życie szpitala. W chwili wybuchu Powstania w szpitalu było pełno dzieci, wśród nich 30 - 40 niemowląt. Na polecenie dyrektora szpitala, prof. dr Remigiusza Stankiewicza, łóżeczka wraz z małymi pacjentami zostały zniesione do piwnicy. Parter i pierwsze piętro przygotowano do przyjęcia dorosłych - powstańców i cywilów. Utrzymano sale operacyjne. Szpital dziecięcy zamienił się w szpital powstańczy.

Wkrótce zaczęto przynosić pierwszych pacjentów. Po czteroletniej okupacji, mieszkańcy stolicy walczyli z wojskami niemieckimi z wielką determinacją i poświęceniem. O tej determinacji świadczy fakt, że do walk zaangażowano nawet dzieci:

Sanitariuszki i noszowe  z  gruzów, barykad  i  zbombardowanych  domów,  przynosiły rannych. Często ryzykowały własnym życiem – i wiele z nich zostało rannych czy zginęło… Na salach leżeli kobiety, mężczyźni, różnie. Pomiędzy rannymi były także dzieci. Pamiętam jedną dziewczynkę, miała zaledwie 8 - lat, na imię jej było Basia. Mimo tak młodego wieku też walczyła z narażeniem życia - butelką benzyny podpaliła czołg niemiecki. Powstańcy przynieśli ją na rękach, była ranna, miała przestrzelone płuco, ale lekarzom szczęśliwie udało się ją uratować. Wśród rannych byli także Niemcy. Pewnego dnia, pamiętam wychodząc od dzieci po schodach, przestraszyłam się – patrzę „Ojej, dwóch Niemców idzie!”. Wystraszyłam się, ale usłyszałam, że szwargocą "Herr direktor, herr direktor". Więc pobiegłam po dyrektora. Okazało się, że przyszli zabrać swoich rannych. Zapytali się ich jak się do nich odnosimy, jak są traktowani. Powiedzieli, że dobrze - są tak traktowani jak powstańcy. Wtedy tych dwóch Niemców poradziło dyrektorowi, aby celem zabezpieczenia gmachu przed bombardowaniem, położyć na dachu szpitala duży znak czerwonego krzyża. W oknach frontowego dachu ułożono worki z piaskiem aby zabezpieczyć  wnętrze przed odłamkami i pociskami. Szpital był pod ciągłym obstrzałem.

Prócz coraz to zwiększającej się liczby pacjentów, w szpitalu szukali schronienia także okoliczni mieszkańcy stolicy i rodziny personelu. Kanałami ze Starówki przybywali, prowadzeni przez sanitariuszki, ranni powstańcy. Z uwagi na położenie szpitala, trafiało tam bardzo dużo rannych. Wielu z nich wymagało poważnych operacji – torakotomii, laparotomii, trepanacji czaszki czy amputacji. W połowie sierpnia sala operacyjna była zajęta prawie bez przerwy. Utrzymanie szpitala w ogarniętym walkami mieście było bardzo trudne – brakowało wody, pożywienia, pościeli, środków medycznych… Siostra Lucyna nie tylko zajmowała się chorymi i rannymi, ale podobnie jak inni pracownicy szpitala, musiała troszczyć się także o aprowizację.

Z braku odpowiednich warunków sanitarnych i wyżywienia, niemowlęta nam umierały. Mleko zdobywałyśmy dla nich z Domu Centralnego od Sióstr Szarytek, bo Siostry chowały krowy. Niby z Tamki na Kopernika to nie tak daleko, ale trzeba było iść przez barykadę na Tamce, pod obstrzałem kul niemieckich. Bałyśmy się, ale nie było innego wyjścia – nie było innego sposobu zdobycia tego mleka... Zmniejszały się zapasy żywności. Szczęśliwie mieliśmy chleb powstańczy, bo korzystałyśmy z piekarni powstańczej. Z chwilą kiedy weszli Niemcy, ten nasz piekarz został rozstrzelany publicznie na podwórzu, za współpracę z powstańcami...

Nie lepiej było z wodą – chociaż szpital miał studnię na podwórzu, ale było jej za mało i trzeba było oszczędzać. Ograniczałyśmy zużycie wody do rzeczy niezbędnych – głównie do gotowania posiłków. Do mycia się kilka osób używało tej samej wody…. Zaczęła się szerzyć czerwonka wśród chorych, a nawet wśród personelu.

Front walk powstańczych przesuwał się coraz bliżej szpitala na Kopernika. Niemcy zaczęli atak na Śródmieście. Na początku września walki toczyły się na ulicach przyległych do szpitala – między innymi na Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu i na ulicy Czackiego. Kościół Św. Krzyża został zniszczony od środka przez dwa niemieckie „Goliaty” – zdalnie sterowane pojazdy, wypełnione ładunkami wybuchowymi.

Kościół Św. Krzyża się palił, płonące wieże spadały na ulice, wydawało się, że wokół wszystko płonie... Spadła figura Chrystusa trzymającego krzyż, widok był przerażający. Znaleźliśmy się w ogniu walk i pożarów, ze wszystkich stron słychać było huk pocisków i walących się domów, dym dławił w gardle i gryzł w oczy. Szpital palił się z trzech stron. Nie wiadomo było co robić - czy zabierać dzieci i uciekać? Chociaż dokąd i jak - przecież to nie było dwoje, troje dzieci, tylko dużo... Zdecydowaliśmy się, że w razie czego zginiemy razem z dziećmi. Kto tylko mógł brał udział w akcji ratunkowej. Wreszcie pożar został zlokalizowany i wszystko ucichło.

Szpital znalazł się po niemieckiej stronie frontu. Gdy tylko żołnierze weszli na jego teren zaczęli szukać w nim „bandytów”. Jak wspomina siostra Lucyna, przystawili do pleców jednej z sióstr karabin i kazali wskazać powstańców wśród rannych. Na szczęście w szpitalu prócz dzieci pozostali tylko cywilni ranni - powstańcy zdążyli uciec przez tylne wyjście, a pracownicy szpitala zatarli wszystkie ślady ich pobytu. Długo trwało przekonywanie żołnierzy, żeby nie rozstrzeliwali nikogo z pacjentów. Następnie Niemcy kazali jednak zebrać wszystkich mężczyzn – pracowników szpitala.

Jak opowiada siostra Lucyna:

Po przeszukaniu szpitala zabrano wszystkich mężczyzn – lekarzy i personel męski - i wyprowadzono ich w nieznanym kierunku. Co prawda Niemcy powiedzieli, że wrócą, ale bardzo się o nich baliśmy, byliśmy przekonani, że zginą tak jak ci na Płockiej, gdzie rozstrzelali wszystkich… Jednak tak się nie stało - wrócili na drugi dzień. Dyrektor szpitala, prof. Stankiewicz, złożył za ich życie duży okup w postaci złota. Myśmy się całą noc modlili za nich, w kuchni mlecznej, gdzie robiło się mieszanki dla niemowląt. Wraz z nami modliły się ich rodziny. Kiedy wrócili, właśnie w kuchni mlecznej trwała Msza Święta. Towarzyszący im Niemiec powiedział wtedy: "Niemieckie słowo więcej znaczy niż wasza modlitwa". Okazało się, że zabrani mężczyźni całą noc skakali "żabkę" na Pl. Teatralnym, a ten który nie mógł dostawał kolbą.

Przez prawie 20 dni – do 24 września, szpital znajdował się w obszarze działań wojsk niemieckich. Personel żył w niepewności co do przyszłości swojej i pacjentów. Część personelu uciekła/ przeszła / wraz z pacjentami w lepszym stanie ogólnym do Milanówka. W tej sytuacji normalne funkcjonowanie oddziałów było właściwie niemożliwe:

Dzieci były zgromadzone w pomieszczeniach piwnicznych, tylko chorzy dorośli pozostali na piętrze i na parterze, jednak nie wolno nam było przy nich dyżurować. W nocy pilnowali nas Niemcy. Cały personel musiał na noc schodzić do piwnicy. Spaliśmy tak, jak kto mógł - na stołach, ławkach, deskach, a nawet pod łóżeczkami dzieci. Rano chorych dorosłych znajdowaliśmy w straszliwym stanie - niektórzy z nich chorzy byli na czerwonkę, potrzebowali basenów, a nie miał im kto podać… Zanieczyszczali się, darli bieliznę pościelową i osobistą, podkładali ją pod siebie, a potem rzucali na środek sali, zapach był niesamowity... Trapieni gorączką często umierali z pragnienia, nie miał im kto podać czegoś do picia, a oni wszyscy byli leżący! Rano trzeba było zużyć wiele czasu, aby wszystko doprowadzić do względnego porządku.

Z trudem zdobywaliśmy pożywienie. Podstawowym posiłkiem była kasza. Nauczyliśmy się piec chleb bez drożdży i mączne placki na blasze kuchennej. Trafiało się czasem mięso z różnej zwierzyny, najczęściej z koni. Owoców, ziemniaków, szukaliśmy na różnych ogródkach na Powiślu. Często Niemcy do nas strzelali, ale głód był silniejszy od strachu, jakoś trzeba było zdobyć to pożywienie. Przez okres od 5 do 24 września żyliśmy w ciągłej niepewności, co Niemcy z nami zrobią. Widzieliśmy jak wokół burzono domy, co jeszcze stały. Najpierw opróżniano je ze wszystkiego – Niemcy kradli wszystko dywany, a nawet palmy w doniczkach.

24 września Niemcy nakazali opuścić Szpital. Dzieci wywieziono ciężarówkami do Szpitala na ulicy Płockiej. Dorosłych pacjentów już w tym czasie nie było – ci, którzy nie zmarli z powodu dyzenterii, uciekli już wcześniej. Siostra Lucyna, wraz z pozostałym personelem, opuszczała pieszo Warszawę:

Szliśmy po gruzach zniszczonego miasta, z trudem rozpoznając ulice. Wydawało mi się, że już nic nikomu jest niepotrzebne, leżały pieniądze, ubrania, dobytek porzucony przez wygnanych ludzi, ale nikt ich nie podnosił, każdy miał dosyć własnego ciężaru…

Powstanie Warszawskie upadło. Dla personelu Szpitala z ulicy Kopernika rozpoczął się czas „tułaczki”, jak to określa siostra Lucyna. Szarytki kilkakrotnie wracały do zniszczonych budynków szpitalnych, wywożąc to, co udało się uratować – sprzęt i aparaturę. Te wyprawy do zniszczonej stolicy były bardzo niebezpieczne – jak wspomina siostra Lucyna:

Przyjechałam kiedyś… Ponieważ apteka była w piwnicy, tośmy zeszły, trzy młode dziewczyny ze mną. Napadli nas „ukraińcy”, chcieli pogwałcić. Wybiegłam, zaczęłam szukać ratunku. Żołnierze niemieccy z Wehrmachtu jakoś ich wyprowadzili, udało się nas uratować.

Opiekę nad chorymi dziećmi próbowano kontynuować w Grodzisku Mazowieckim, jednak z powodu braku odpowiednich warunków lokalowych, ostatecznie na okres jednego roku Szpital przeniósł swoją działalność do Bukowiny Tatrzańskiej. Do Warszawy wrócili dopiero we wrześniu 1945 roku.

Siostra Lucyna Reszczyńska pracowała do 1961 roku w Szpitalu na ulicy Kopernika. Usunięta została z niego decyzją władz państwowych wraz z innymi  zakonnicami. Do przejścia na emeryturę pracowała w Szpitalu przy  ulicy Płockiej, pełniąc m.in. funkcję oddziałowej.

Obecnie ma 97 lat, nieustannie modli się za wszystkich swoich Pacjentów. Z wieloma ma kontakt. Mieszka w Domu Prowincjalnym  Zgromadzenia w Warszawie.

Mgr socjologii, pielęgniarka dyplomowana

Maria Strzemieczna

Artykuł wydrukowany w czasopiśmie "Pielęgniarka i Położna" nr 7-8/2013


s. Reszczyńska wśród chorych dzieci w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Kopernika 43 w Warszawie Siostry Szarytki ratujące życie dzieciom  wysiedlonym z Zamojszczyzny, przebywającym w Szpitalu Dziecięcym Uratowane z transportu Dzieci Zamojszczyzny -relacja s. Reszczyńskiej
Artykuł Marii Strzemiecznej wydrukowany w czasopiśmie "Pielęgniarka i Położna" nr 7-8/2013

 

Powstańcy - s. Lucyna Reszczyńska S. Lucyna Reszczyńska z Medalem „Pro Patria”
Wywiad dla czasopisma "Gość Warszawski"


P.Prezydent Andrzej Duda dekoruje s. Lucynę Reszczyńską  Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski - sierpień 2017 r.